zmieniam sie, staje sie kims innym
kim?
i kim byłam  wcześniej skoro mówię o zmianie?
a może czym – bo chwilami postrzegam siebie jedynie jak zwierze
przytłoczenie. nawał myśli. wpadam w panikę. szał.

jeszcze wczoraj wielkie plany, szczyty gor boso zdobyte
a  dziś jest tylko otchłań i próbuję schować się za własnym ciałem
i otulić własnymi ramionami

brakuje mi czegoś, choć to rzecz nieokreślona
może po prostu chęc podniety, emocji, wydarzeń
a może jedynie bliskości deszczu spływającego po ciele

Wiem, że to umarlo. Już sie nie staram walczyc. :A może nigdy tego nie bylo?
Nie. Było. Przecież pamietam czas gdy wszystko było łatwe, gdy najczystsze łzy głaskały poliki a świat zamykał się w spojrzeniu
może brak celu? a może brak chęci?

a moze… choroba dwubiegunowa?

krople niewypowiedzianych słów spływają po skroniach
powódź w umyśle wylewająca się uszami, oczami….
niegodna by przejśc przez bramę ust

czym jesteś jeśli nie chwilą zapomnienia przeszlości, która Cię zrodziła
niedopowiedzeniem, które pozornie może postawić kropkę lub ciągnąć to dalej
nie mówisz wszystkiego

za dnia wypluwając wymiociny zdań, które nigdy nie należały do Ciebie
Latami ktoś programował te zdania, karmił spragnionego słuchacza
nocami zaś zaszywasz swe wargi bojąc się ile oddechów może się z nich wydostać
Ile niespełnionych pragnień….

Tak bardzo boję się być sama, bez Ciebie. A Ty wyjeżdżasz. Mówisz, że nie chcesz wracać. Za mało czasu mieliśmy. Czemu wahałes sie przed ostatnim spotkaniem? Czego się bałeś?

Wiem, że musisz wyjechać. Wszystko poukładać, zastanowic się nad priorytetami. Wiem, że to nie jest łatwe. Z drugiej strony stawiasz mnie w kiepskiej pozycji. Miałam podjąć decyzję co zrobić z własnym życiem. Decyzję, w której chciałam byś uczestniczył. A Ty pozostawiasz mnie z niewiadomą na kolejne miesiące. Mimo to będę czekać… Będę czekać zawsze na Ciebie.

Mam tyle słów Ci do powiedzenia. Na półce leży całe pudełko z listami, których Ci nie wysłałam.Muszelki z nad morza dla Ciebie, kartki urodzinowe, życzenia, marzenia, pragnienia… teraz to wszystko nie ma znaczenia. Chcialam dać Ci coś, co by było przy Tobie gdy mnie nie ma. Może jeszcze zdąże…

Nawet nie umiem powiedzieć Ci tego wszystkiego, dlatego piszę list, który nigdy do Ciebie nie dotrze…

Nie zostawiaj mnie. Wróć. Będę czekać.

Stary nowego początek

Jest taki moment gdy zaczynasz wierzyć
że w końcu zaczniesz od nowa
tym razem będzie dobrze
z tą osobą wygram życie

Jest taki moment gdy dokładniej postrzegasz
że nic nie jest takie latwe
Gubisz się w tym zupełnie

Sama w obcym mieście, w obcym mieszkaniu z już obcym mężczyzną a przecież miało byc tak pięknie.

i jeszcze tylko chwilami łudzisz się, że bedzie lepiej, że to chwilowe, że … cokolwiek byle podziałało … a tak naprawdę dzieli was coraz większa przestrzeń choć z ponad dwustu kilometrów zrobiło się kilka metrów kwadratowych. Każda rozmowa zamienia się w kłótnie. A Ty masz już dość. Nie to miało być. I zapierdalasz w okropnej pracy, którą nienawidzisz, i codziennie próbujesz dostosować sie do miasta, które nienawidzisz. A to wszystko w imię czego? W imię tego co się już dawno skończylo a moze nawet nie zaczęło?

Chcę wracać. Chcę wracać do piekła, które znam – tam przynajmniej czuję się pewnie, tam nie muszę się bać. Jeśli to wszystko się nie zmieni to wrócę jeszcze w tym tygodniu.

Rudy Kocie
Mój wredny kłaczasty przyjacielu, miałeś racje gardząc calym światem. Ten świat jest chujowy. Tęsknie za Tobą. Tylko w Twoich oczach widziałam zrozumienie.
Niedlugo wrócę,
tylko czy nadal zechcesz mi czasem pomruczeć do ucha?

-Twoja utęskniona (nie)właścicielka

 

Moze to wszystko miało wyglądać inaczej? Może to nie jest mój czas. Czuję, ze sie nie nadaję. Wszystko robię źle. Może za bardzo chciałam, zresztą jak zawsze. Czasem czuję, że powinno mnie nie byc. Całkowicie. Wtedy wszystko było by łatwiejsze a już zapewneżycie ludzi, ktorym do dziś tylko przeszkadzam. Zreszta to wlaśnie to robiłam przez tyle lat. Przeszkadzałam im. Co powinnam z tym zrobić? Może to właśnie jest czas by to wszystko naprawić? By już nikomu nie przeszkadzać?

Wszystko kiedyś się kończy. Pan-Idealny-Kochanek też wyjeżdża. Daleko. Nie będzie miał już dla mnie czasu. Straciłam wszystko, boję sie ze i jego stracę. A czuje, że znów nie mam nic. Tylko pluszowy James jak co wieczór tuli i pilnuje bym nie musiała się bać a mimo to się boje. Czemu? Czego?

I słowa same ulatniają się w bezdenną przestrzeń wyplutych oddechów zmieszanych z brudnymi wypocinami, które i tak nie mają znaczenia. Wszystko przy akompaniamencie kolejnych niemych krzyków płynących korytarzami po wklęsłych polikach. Tylko palce wybijają na klawiaturze rytm – który próbuje naśladować otchłań w mojej piersi. Nieregularne brzmienie z miejsca, w którym powstała dziura wydrapana pazurami najdzikszych stworzeń na świecie – ludzi. I teraz upajam sie a może tylko upijam tanim piwem. Nawet ono niejest bez znaczenia, niesie naszą wspólna historię, lecz w tej bajce ludzie też o nas zapomnieli i odłożyli na marketową półkę.

Nihil verum omnia licita, kochanie.Aniłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłłł

Astma jest według ogólnej opini choroba nieuleczalna. Lecz medycyna niekonwencjonalna w niektórych przypadkach potrafi ja wyleczyć. Żebym była zdrowa potrzebne jest połączenie wielu terapii, dzięki nim mam szans być zdrowa, normalna.
Powinnam poddawać się zabiega akupunktury co najmniej raz na dwa tygodnie, zacząć uprawiać jogę, ćwiczyć metody oddechowe, podjąć ziołolecznictwo oraz dietę specjalna a przy tym stosować na razie metody konwencjonalne – sterydy i leki alergiczne. Potem może będę mogła poddać się zbiegowi odczulania. I powinnam skakać z radości i cieszyć sie… tylko jest jedno duże ale. Ale te metody są kosztowne. Leczenie powyższymi metodami to koszt około 800 zł miesięcznie. Życie nie jest sprawiedliwe. Czasem brakuje pieniędzy na zycie a co dopiero leczenie. Jedyna droga do tego by być normalna prowadzi przez pieniadze… czyli nie wylecze się. To tak jakby wyciągać ręce a nie móc dotknac…
Czy to boli? Tak. Znów opadam z sił i si poddaje.

w moim malym swiecie leku i osamotnienia

Coś jest nie tak. Ze mną. Ale walczę z tym. Im mocniej się angażuje tym bardziej próbuje to od siebie odsunąć. Nie wiem czy to za sprawą strachu czy po prostu przestaje mi zalezec. Na czym? Na życiu.
Próbuję wspierać i pocieszać innych. Próbuję im dawać wiarę w to w co sama już nie wierzę. Próbuję nie robić sobie nadziei. A mimowolnie mam nadzieję.
Każde rozwiązanie które stawiam beznamietnie przed oczami ma tak wiele niewiadomych i znaków zapytania. Z jednej strony chciałabym wszystko przyspieszyć. Z drugiej strony wszystko dzieje się za szybko.
Chciałabym mieć pełna kontrolę. A tak się nie da. I tracę kontrolę nad wszystkim. Źle mi z tym. Źle mi z tyloma niewiadomymi. O ile łatwiej byłoby popadać w letarg i monotonie znów staczajac się na dno. Powoli jak morze. Najpierw przypływ – tyle nadziei.aspiracji.checi.pomyslow. Potem odpływ i zostaje tylko piach a w nim ja.
Może to choroba dwubiegunowa. ciągle jest we mnie strach, ciągła chęć ucieczki. Wymagam opieki i czasu a tego nikt nie jest w stanie mi zapewnic.jestem kaleką emocjonalna. On mnie próbuje ratować. Nazywa swoim aniołem. Nie jestem aniołem. Choć chwilami tak bardzo chce odleciec do nieba, w które nie wierze.

Wiem jak będzie wyglądało kilka najbliższych lat. Leki, lekarze, walka, strach. Na samą myśl ta istota we mnie – ta mała dziewczynka kuli się i mocno zaciska oczy. Taka bezradna. Powinnam uciec. Powinnam zniknąć z ich życia. Tak byłoby lepiej. Szczególnie dla niego. Wiem co będzie dalej. Jeśli uciekne by go ochronić mogę od razu skoczyć z mostu. To mnie zabije. Nie chce skazywac go na zycie z kimś takim jak ja. On zasługuje na normalne szczęśliwe życie. . Nie na takie coś jak ja. – prubuje sobie tłumaczyć że to tylko głos w mojej głowie, że to choroba przynosi mi takie myśli. Ale nie. To ja. To ja wiem co powinnam zrobić. Powinnam zostawić. Ja nie nadaje się do relacji z człowiekiem. Ja nie nadaje się. Jestem beznadziejna. Nic nie umiem. Jestem smieciem.
Wszystko się sypie. I te pieprzone niepewności. Nie mogę go zostawić, nie teraz. Muszę mu pomóc wyjść z tego. Jednocześnie wiem, że z każdym dniem bardziej mi zależy. Bardziej się od siebie uzalezniamy. powinnam odejść. Jak najszybciej.

- nikt.

Już jakiś czas unikam terapii. Unikam rozmowy z psychologiem. Zaczyna się źle dziać. Boże miej go w opiece – na mnie jest już za pozno.

Rodzina

za 7 mostem, lecz bez rzek,
za fabryk korytarzem
jest na wszystkie smutki lek
a przynajmniej tak im się zdaje
Mieszka tam mama, tata i ono
każde na innym krańcu miasta
i mądry był tylko pies
- wyjechał na wieś i basta.

usprawiedliw swoje winy

Co ja znow tu robię? Czuję, że to już nie moje miejsce, nie mój świat.

Znow czuję się samotna. I nie chcę uciekać wśród obcych ludzi. Schemat zawsze jest ten sam. Wolę być tu, sama. Wylewając swój monolog z wirtualnych ust. Nikt nie usłyszy zagubionego szeptu pośród krzyków innych. Najstraszliwszy krzyk to cisza, więc chyba nie jest jeszcze ze mną tak źle, skoro jeszcze pragnę sie odzywać. Może nie do tych, do których trzeba… Moze zaledwie w pustkę ślę niewyparte myśli. Ale zawsze to jakaś rozmowa, nawet jeśli z niebytem. Czy tym razem mi to pomoże? Będzie malym lekiem wśród cieni?

Lek na ból głowy. Lek na ból zęba. Lek na ból każdego innego narządu. Lek na kaszel. Lek na katar. Lek na gardło, płuco, dupę. Lek na depresje, schizofrenię, padaczkę, cukrzycę. Lek na kaca. Lek na wszystko. Tylko wciąż brak leku na myślenie.

Jak to jest… że niby zmienilo sie wszystko i było wielkie bum, i byly fajerwerki a teraz jest po staremu. Znów cała energia słabnie, znów wszystko obumiera. Tak bardzo się boję. Nie chcę jeszcze raz. To była moja wina. Ja za szybko umieram. A jesli i tym razem pozwolę by wszystko zastygło. Czy nei pociągnę za sobą anioły z nieba?

Jest dobrze tylko w ramionach. Poza nimi jest pustka. A jesli z czasem to pustka zacznie mnie obejmować? Co jesli i ramiona będą puste? Czy to będzie koniec?

 

-. irritum portantes

W nas tak mało jest nas

Jeszcze niedawno spoglądałam za okno… na jedynym w okolicy drzewie żółkł pierwszy liść. Wiedziałam, że zbliża się pora umierania. Obserwowałam z daleka jak coraz bardziej zmienia kolory. Dziś patrząc za to okno przypadkiem dostrzegłam, że wszystkie liście są już brązowe. Ono obumarło i mi to doskwiera, chyba razem z nim obumieram. Jesień życia.

Latem był skok, było szczęście rozpływające się falami. Z czasem ono ustabilizowało się i ostygło. Przegapiłam to jak momje drzewo. Teraz chyba już za późno. Ja już też zaczęłam obumierać. Niezatrzymany proces, taka juz jest natura.

Czy to ja- czy to wszystko wokół? Czuję się samotna i opuszczona… Muszę znów rozpocząć rozmowę z nieobecnym zanim nastanie kres. Może nawet pójdę do kościoła?