Święta idą, radość odchodzi.

Siedzę wygodnie w fotelu, spoglądam na tłum ludzi przemieszczający się, goniący wokół mnie nie wiadomo jak, gdzie i po co. Mimo zdenerwowań i tego pośpiechu jest w nich coś; taki błysk w oku i cień uśmiechu. To te święta. Szkoda, że ja jakoś tego nie czuję. Chyba się nie staram.

Patrzę na te przygotowania z boku, taka wyłączona z życia. Święta? Jakie święta? Widzę tylko kobietę w średnim wieku z puszką sztucznego śniegu spryskującą nim gałęzie drzew. Tak bardzo się starają by poczuć tą atmosferę, by utworzyć aurę miłosci i tym podobnych zbędnych uczuć.  Dla mnie to wszystko jest warte tyle co ten sztuczny śnieg. Wszystko wokół jest dokładnie takie samo – sztuczne. Sztuczne uśmiechy, udawanie, nieszczere życzenia i mocno przesadzone jedzenie. Pod pozorami łzy, płacz, spięcia, krzyki… Taaak, to akurat znam i powiem wam jedno, w dupie mam takie święta. Bądźmy szczerzy, jeśli mamy tak udawać i tworzyć jakąś iluzję by przez to jeszcze bardziej cierpieć uzmysławiając sobie potęgę naszych kłamstw i rozczarowanie nadzieją, która zasiała swe ziarnko niczym piękny kwiat a okazała się ostem w sercu to lepiej dajmy sobie spokój a świat będzie szczęśliwszym miejscem.

Mówią co ty bredzisz, święta to czas dobroci dla innych. A ja zadaję proste pytanie;  czy w takim wypadku w pozostałe dni nie można być miłym dla innych? Czy ktoś zakazuje bycia miłym, uprzejmym i do bólu sztucznym w pozostałe 364/5 dni? Tylko w wigilię? Jeśli tak, to dobrze, kontynuujmy tą szopkę.
Czy na prawdę aby okazać trochę ludzkiej dobroci potrzeba nam reniferów, patrzenia w puste niebo i jakiegoś staruszka? Czy nie lepiej gdybyśmy sami dawali te prezenty, od tak, w jakikolwiek dzień bez większej okazji?

Zostawiam was z tymi przemyśleniami.

P.Donesz

wieczorna herbatka

Raz sie zyje, raz sie umiera. Taki mamy klimat.

 

Popijam sobie herbatke. Zamknieta w pokoju wlasnych imaginaci. Na kardce przedemna jakas brama, to ta do realnego swiata, ale ona nie przypomina w niczym tych z kolorowych bajek, ktorych nigdy nie slyszalam na dobranoc, ale znam je. Tyle razy wymyslalam i tworzylam historie dla dzieci, pokazujace, ze dobro musi wydrac. Teraz dobro przegralo. W realnym swiecie wygrywa ten najgorszy. Ten, ktory idzie po trupach.

Chyba przerywam, ale sie nie podam. Nadal zyje. Nadal oddycham, to juz wiele. Choc to ja musialam kiedys prowadzic walki by nie pic, by nie plakac, by nie czuc. Za jakis czas wygram, albo przynajmniej na nagrobku napisza, ze walczylam