Rachunek.

Nie wiem jak się poskładać po stracie. Czuję się połowicznie. Nic nie rozumiem. Mam ochotę przytulić, płakać, błagać. Z drugiej strony jakoś nie mogę znieść myśli, że miałabym wtedy być odtrącona. Nie zniosłabym tego. Tak sie tego boję, że wolę sama odtrącić. Zranić tak, by nie chciał już wracać. W tedy spokojnie będę mogła użalać się nad sobą, spadać w swoją słodką otchłań.
Straciłam wiarę , nadzieję i miłość? Wierzyłam Tobie a Ty mnie zostawiłeś… Miałam nadzieję, że stworzymy dom…. To legło w gruzach, gdy byłam sama… Kochałam Cię… Nadal Cię kocham….
Gdy Cię ranię boli mnie dwa razy mocniej. Z uśmiechem przez łzy widzę oczyma wyobraźni jak klął byś na mnie za te rany.
Wszyscy mówią, że gdybyś chciał zjawiłbyś sie już dawno… Wiem, że gdy chciałeś potrafiłeś to zrobić.. Więc wiem, że teraz już nie chcesz…
To takie łatwe…
Ja + Ty= dom
Ty- ja = kilka nieprzespanych nocy, kilka skrywanych łez…

Podpis….zapomniany.

Myślałam, że to mnie zabije a jakoś jeszcze żyje. To ciekawe… nawet bardzo. Już nie płaczę. Tylko jeszcze chodzę na wpół bez życia. A właściwie nie chodzę a leżę. Taki letarg. Jeszcze kilka dni a może tygodni… i zauważą, że przeoczyli to jak umarłam. Czy ich to zaboli? Ja już nie będę krzyczała. Po prostu odeszła kolejna część mnie. Kim jestem? Nie wiem… i chyba to jest najgorsze. Nie wiem nawet jak mam się podpisywać.
A może mnie już wcale nie ma?

Wilku ja… ja chyba.. chyba… już nie ja…

Miałam sen. W tym śnie byleś obok. I bawiliśmy się, ale ty jakby za bardzo. I nie podobało się to otoczeniu i mi. I krzyknęłam. I zacząłeś biec. Byłeś wilkiem. Moim wilkiem. A ja biegłam chcąc Cię dogonić. Stawałeś do walki z innym ciemniejszym basiorem. A ja biegłam by wdrapać Ci się na grzbiet niczym Durgha na Swojego kal-sii ale Ty tylko spojrzałeś i pobiegłeś w siną dal. Nie chciałeś mnie oddalałeś się a ja krzyczałam. Upadłam na kolana.

Obudziłam się. Z taką intuicją, że nie powinnam się już budzić. Czuję się jak dziecko pozostawione w lesie. Zewsząd czeka mrok i przerażające drzewa. A opiekun się oddala. Widzę z daleka jego dłoń, którą chcę złapać, ale on obojętnie odchodzi, nawet się nie obejrzy. Porzucone dziecko. Niepotrzebne, samo.
Czy mam problem ze sobą? Tak i to cholerny. I czuję, ze skończy się to źle… I czuję, że nie będzie dobrze. I czuję, że upadam i już nie wstanę. Nie ma we mnie juz życia. Nie ma nic. i ostatnia wstęga przecięta.
I co ja tu robię, gdy nic nie jest dobrze? I idąc na cmentarz czuje, że gdzieś tam jest mój dół. Już wykopany dla mnie. Tylko jeszcze płyta nie wyryta. Może napiszą „Na zawsze pozostaniesz w naszych sercach” to by było nawet zabawne.. Tak bardzo nieszczere. Prawdziwa jest tylko śmierć.

kim jestem? Zaledwie Cieniem.

Jest źle, gdy sama dostrzegasz, że schudłaś.
Jest źle gdy sama nie możesz spojrzeć w swoje oczy, bo widząc odbicie płaczesz.
Jest źle gdy próbujesz okłamać sama siebie.
Jest źle gdy prawie nie śpisz.
Jest źle gdy zasypiasz i budzisz się z płaczem.
Jest źle gdy wdychasz ten zapach.
Jest źle gdy wspominasz i przeglądasz fotografie.
Jest źle gdy nie masz sił wyzywać.
Jest źle gdy chcesz tłuc szklanki i talerze.
Jest źle gdy krzyczysz.
Jest źle gdy klniesz.
Jest źle gdy palisz papieros za papierosem.
Jest źle gdy chcesz pić, żeby się najebać.
Jest źle gdy nie masz po co rano wstawać.
Jest źle gdy nie robisz zupełnie nic.
Jest źle gdy nie chcesz nic robić.
Jest źle gdy nie ma w Tobie życia.
Jest źle gdy umierasz…

ostatnia podróż.

Uwierzyłam. Czy to źle, że też chciałam być szczęśliwa? Tyle czasu zmarnowanego na to, żebym uwierzyła, żebym oddała siebie całą. Oddałam serce, oddałam każdą myśl, każde westchnienie, każdą radość i każde dobre wspomnienie… i co mi pozostało? 2 zdjęcia w albumie.. i świadomość, że ty te zdjęcia schowałeś na samo dno szafki, żeby nikt nie widział… I pomyśleć, że nadal widzę Twój pokój gdy zamknę oczy. Gdy zamknę oczy nadal trzymam Cię za rękę wpatrzona w fale. I wiem, że to jest dom. Gdy zamknę oczy nadal czuję się bezpiecznie zamknięta w Twoich ramionach… A potem je otwieram i czar pryska.
Taka pustka. Obrączki… grawerowane. Na nich imiona i data. Data od której wszystko miało się zmienić. Nowe życie. Czyta kartka. Tak mówiłeś. Dobrze, że ich nie zamówiliśmy. I boję się. I nie mogę spać. Mówiłeś, że będziesz, że otrzesz każdą łzę. Że nigdy nie skrzywdzisz… Tyle pięknych rzeczy mówiłeś.
Nie chciałam wierzyć, ale w tedy kładłeś dłoń na sercu, mówiłeś „zaufaj mi” patrząc w oczy.. jakże śmiesznie teraz to brzmi.
Łzy. Umierające serce. Ból. Łzy. Umierające serce. Ból.
Obiecałeś do cholery. a obietnic się dotrzymuje. Więc gdzie jesteś gdy robię sobie krzywdę… Nie potrafię tak, to rozrywa…
Z każda minuta jestem coraz słabsza. Co się stanie gdy zabraknie mi sił?

I pojadę jeszcze ostatni raz nad morze… Choć pewnie się zgubię. Błąkając się po lasach jak opętana… Może porwie mnie jakaś większa fala? Oby… błagam.

Ain’t nobody love me better…

Czuję, że się rozpadam. Czuję, że mam dość. Mam ochotę robić złe rzeczy, złe rzeczy, które tak bardzo by wyleczył ból psychiczny, bólem fizycznym.
Obiecywałeś. Miałeś być. Obiecałeś dom, rodzinę.. I gdzie TY do cholery jesteś?
Nie ma Cię… Znów jestem sama.
I nie mogę patrzeć na to serce, na ten dom, na Twoje zdjęcie.
Chyba nigdy już mnie nie zobaczysz…
Jeszcze tylko rzeczy do Ciebie wyślę. Może zostawię choć jedną. Na pamiątkę, że byłeś.
I jak mam powiedzieć to tym, którzy kochali Cię ze mną?
I kolejny wieczór gdy płaczę.
To takie puste i bezwartościowe jak cała ja.
I wiesz mi, że gdyby nie on to bym leżała już martwa. On mnie pilnuje. On mnie broni niczym anioł. Mój James.

I pomyśleć, że już nawet piszę słowa w eter. Kolejny list, którego adresat nigdy nie przeczyta…
Robię się coraz zabawniejsza… i tak kurewsko żałosna.