maszyna do uciekania.

Choc czuje, ze mineły lata kalendarz oznajmia, że bylam tam prawie wczoraj.. To nie realne. Czas tak szybko leci, kiedy patrze wstecz. I zarazem tak wolno kiedy patrze na chwile obecną…
Nie nie jest realne. Prawdą jest tylko to w co wierzymy..
Chcialabym nie wierzyć w nic. Nie miec nadziei… Ale w tedy byłabym maszyną, nie człowiekiem/.. Czlowiek jest tak skonstruowana istota, ze nie potrafi od tak umrzec, od tak stracic nadzieje…
Co zrobie jutro? Gdzie uciekne?
To jest tak kuszaca opcja.. uciec przed wszystkim, przed problemami.. Nie moge. Nie moge. Nie moge. Powtarzam sobie to jak mantre. Nie tym razem. Nie od nich…
Lecz czy na prawde nie moge?
Nie moge uciec. Bo utone w agonii lub zatrace tylko w jednej postaci. Nie moge bo gdy ona skrzywdzi, zostawi znow bede umierac. I juz bez zachamowań jak dzis…
Jeszcze tylko siedemdziesiąt-pare dni…

Taniec ognia.

Wczoraj mała o Ciebie pytała… co mialam jej odpowiedziec? Pytała kiedy przyjedziesz. Mowila, że tęskni. Zebym zadzwonila do Ciebie. Powiedzialam jej, że masz duzo pracy, że nie mozesz. LEcz to nie pomoglo. Ona kocha Cie tak samo jak ja kochalam. Powiedzialam, że odeszłeś, że juz Cie nie ma…
Nie mogła tego zrozumieć. Nie tylko dla mnie tworzyleś dom..

Wanna miala byc katharsis i była. Siedziałam we wodzie mechanicznie chlapiac wodą tak aby cialo bylo mokre.. Muzyka leciała w tle. Nawet nie wiem jaka. Wylączyłam sie. Sluchałam lecz nei potrafiłam uslyszeć. Zapaliłam świece. I kąpalam sie w półmroku. Tą malinowo-bordową. Nawet jej plomien rozdwajał się, tak, jakby tańczyly w nim dwie istoty… Miałam się odprezyć. Lecz nie mialam ani jednej pozytywnej mysli. Zastanawiałam sie gdzie teraz jesteś i co robisz. Czy czasem tęsknisz…

Jeszcze tylko troche. I odpocznę. Jeszcze tylko 74 dni.
I odpoczne. I skończy sie to wszystko..

uśmiech.

Może jest nadzieja…
Nadzieja zawsze przychodzi wtedy gdy stracisz calą nadzieje…
Nie licze na dom, nie trzeba mi już „Amen” , wystarczy teraz i tu…

Byle To nie było kolejne pol roku wyjete z życiorysu i kolejne miesiace by oklamywac siebie, że nie można zdechnąć..

Nihil verum omnia licita.

Chyba nie ma już mnie. Patrzę na wszystko pustymi oczami…. Nie poznaję świata, ktory mnie otacza. Wszystko jest obce. Ludzie. Ludzie są szczegolnie obcy, nawet ci najbliżej… Czy znasz ludzi, ktorymi się otaczasz? Co wiesz o matce, bracie, synu? Nic. Znasz tylko okruchy wydarzen o których ci opowiadali… Może wiesz ile slodzi herbatę, lecz nie wiesz jakim jest czlowiekiem…
Łudzisz się, że jest Ci niezbędna do życia a gdy odchodzi… żyjesz dalej. I tylko siebie gubisz… Lecz czy chociaż siebie znałeś? Jak możemy twierdzić, że jesteśmy sobą skoro nigdy nie poznaliśmy siebie.
I nikomu ja nie jestem potrzebna ani nikt mi. Bo oni nadal by żyli gdyby mnie nie było. Skoro potrafią spędzić dzień beze mnie to mogą też tak samo przeżyć zien drugi, trzevi, czwarty, piąty… dziesiaty… piećdziesiąty dziewiąty i osiemdziesiąty… całe życie…
Ja rownież żyję, choc ich nie ma. Może Ty bys nie nazwał tego zyciem, ale liczy sie gest…
Cieszmy się z malych rzeczy, z każdego oddechu, każdego dotyku… Bo i tak wszyscy umrzemy, bo i tak to wszystko to tylko iluzja. Nic nie jest prawdą, wszystko jest dozwolone…

Samotnica po zmroku

Wiesz co to jest samotność? Gdy idziesz w ciemności przez las i widzisz z naprzeciwka nadchodzące osoby. Idą grupą. Wiesz, że to niebezpieczne, wiesz jak to wygląda w filmach. Samotność jest wtedy gdy to oni omijają Cię szerokim łukiem, a nie ty ich.

Bo to nie grupa ludzi idąca nocą przez las jest straszna, lecz jedna osoba, która wychodzi sama z mroku, bez strachu w sobie…

Czując się jak demon… Idę.. podśpiewuję pod nosem łacińską piosenkę, nawet gdyby ktoś z ludzi uslyszał slowa nie zrozumiałby. Mogą co najwyżej zobaczyć poruszenie ust…
Myślą; albo taka odważna albo taka głupia. A ja nie jestem żadną z nich. Ani odwaga ani glupota, po prostu nie mam sie o co bać, nie zależy mi. Każdy zabijając mnie wybawił by mnie …
Więc czym można mi zagrozić?

Mrok to ukojenie, mrok to obietnica

Moja kanapa

i możesz pieprzyć, że nie jesteś gorsza od innych… Ale kłamiesz. A może po prostu oni czynią cię gorszą…
Nigdy nie będziesz mieć tego co wszyscy, nigdy nie będziesz taka jak wszyscy… Na wszystko co masz musiałaś zapracować a mimo to nie masz nic.
Inni patrzą na Ciebie z pogardą i powątpiewaniem, a Ty kryjesz to pod głupimi żartami.
A mimo to prawda Cię cholernie boli. I płaczesz. Znowu. Bo nic z tym nie możesz zrobic.
I nadal przeglądasz kolorowe strony  rzeczami, których Ty i tak nigdy nie będziesz mieć.
Najgorsze jest to, gdy wiesz, że to nie Twoja wina. Najgorsze jest to gdy nic nie możesz. ajgorsze jest to , że życie mogloby ci choć w ten sposob wynagrodzić te wszystkie kurewskie sytuacje, przez które przeszlaś.
Wiesz kim jesteś? Zerem. A teraz siedzisz samotnie na kanapie z podkrążonymi oczami, z których znowu lecą żałosne łzy. I jesteś samotna. Nie masz nikogo. Ni rodziny, ni przyjaciół, ni mężczyzny u boku. I nawet nie masz z kim o tym porozmawiać. I nie ma kto na Ciebie krzyczeć i cię opierdalać.. bo widzisz… nikt o Ciebie nie dba. Nikomu na Tobie nie zależy. I nikt nie widzi jak umierasz.
Jak coraz bardziej przypominasz tych którymi gardziłaś a jednak jesteś martwa. Bo Tobie też już nie zależy.

terażniejszość

Przedtem bylam najszczęśliwszą kobietą na świecie.
Bo budziłam się przy Tobie.
Bo słyszałam Twoje serce.
Bo zasypiałam obok Ciebie.
Bo oddychałam Tobą.
A teraz…?
Jestem zjawą. I może tak własnie mialo być.. Może miałam stracić uczucia. Zabraleś coś więcej niz poł roku, zabrałeś nadzieję, dom, milość, wspomnienie, uśmiech…
Czy załuję? Nie żałuję, ani ejdnej chwili przy Tobie, żaluję, że tego już nie ma..
I wciąż wszyscy pytają gdzie jesteś, a ja tylko wdziewam fałszywy uśmiech numer 9 i udaję, ze to nie boli.
A przy Tym upadam coraz niżej. Tyle problemow, wszystko się sypie. Nie mam gdzie byc. Nie wiem jak żyć.
I znow użalam sie nad sobą…

Wiesz kiedy zaczyna się samotność? Gdy nikt nie przeklina za to co robisz a „kochanie” mówisz tylko do kota.

I pozostają tylko papierosy, bo od nich umiera się szybciej.

wiem, że nic nie wiem. Pakt diabła o dom.

Wróciłam. I co z tego?
Czuję może większą pustkę i wiekszy smutek.
I nie wiem nic. Nie jest dobrze, cholera. Ale już nie rozpaczam.
Chyba stałam się zimną suką.

Hm… i wiesz, chciałabym tylko mieć dom. Dom. Nie z cegiel. Lecz z kimkolwiek w środku. By mieć komu rano zrobić śniadanie i do kogo przytulić się wieczorem.
Kusząca wydaje się perspektywa glupiego pomysłu jeszcze dziecka, gdy chciałam domu. Znaleźć mężczyznę, który szuka kobiety. Na całe życie. Wejść z nim w pakt diabła. Stworzyć wspólnie dom. Bez miłości, lecz z szacunkiem. Pieniądze nie są potrzebne. On ma moją wierność, opiekę, ciało,  pieniądze, szczerość i  szacunek natomiast ja od niego wymagam tylko szacunku, wspólnoty majątkowej (żebyśmy po równo się wspierali) i szczerości. Czy to tak wiele? Oddam wszystko w zamian za przytulenie, miłe slowo i dzielenie czasu.

Wyjazd przymusowy.

Jestem Tu. W moim prywatnym piekle. Nienawiść? Strach? nostalgia?
nienawidzę. Tego. miejsca. Ono. mnie. zabija. Uciec. Biec. nie wracać. nigdy.

Już pojutrze wyjeżdżam. Wrócę do pustki. Nawet pustka jest lepsza niż śmierć tu.
Przeklęte to miejsce. W które siłą jestem zaciągana. Przeklęta ambicja, że dam radę.
nienawidzę. Tego. miejsca. Ono. mnie. zabija. Uciec. Biec. nie wracać. nigdy.

Brakuje czegokolwiek bezpiecznego. Takiej opoki ratującej. By mieć chociaż po co walczyć. Dla kogo wracać.