Astma jest według ogólnej opini choroba nieuleczalna. Lecz medycyna niekonwencjonalna w niektórych przypadkach potrafi ja wyleczyć. Żebym była zdrowa potrzebne jest połączenie wielu terapii, dzięki nim mam szans być zdrowa, normalna.
Powinnam poddawać się zabiega akupunktury co najmniej raz na dwa tygodnie, zacząć uprawiać jogę, ćwiczyć metody oddechowe, podjąć ziołolecznictwo oraz dietę specjalna a przy tym stosować na razie metody konwencjonalne – sterydy i leki alergiczne. Potem może będę mogła poddać się zbiegowi odczulania. I powinnam skakać z radości i cieszyć sie… tylko jest jedno duże ale. Ale te metody są kosztowne. Leczenie powyższymi metodami to koszt około 800 zł miesięcznie. Życie nie jest sprawiedliwe. Czasem brakuje pieniędzy na zycie a co dopiero leczenie. Jedyna droga do tego by być normalna prowadzi przez pieniadze… czyli nie wylecze się. To tak jakby wyciągać ręce a nie móc dotknac…
Czy to boli? Tak. Znów opadam z sił i si poddaje.

w moim malym swiecie leku i osamotnienia

Coś jest nie tak. Ze mną. Ale walczę z tym. Im mocniej się angażuje tym bardziej próbuje to od siebie odsunąć. Nie wiem czy to za sprawą strachu czy po prostu przestaje mi zalezec. Na czym? Na życiu.
Próbuję wspierać i pocieszać innych. Próbuję im dawać wiarę w to w co sama już nie wierzę. Próbuję nie robić sobie nadziei. A mimowolnie mam nadzieję.
Każde rozwiązanie które stawiam beznamietnie przed oczami ma tak wiele niewiadomych i znaków zapytania. Z jednej strony chciałabym wszystko przyspieszyć. Z drugiej strony wszystko dzieje się za szybko.
Chciałabym mieć pełna kontrolę. A tak się nie da. I tracę kontrolę nad wszystkim. Źle mi z tym. Źle mi z tyloma niewiadomymi. O ile łatwiej byłoby popadać w letarg i monotonie znów staczajac się na dno. Powoli jak morze. Najpierw przypływ – tyle nadziei.aspiracji.checi.pomyslow. Potem odpływ i zostaje tylko piach a w nim ja.
Może to choroba dwubiegunowa. ciągle jest we mnie strach, ciągła chęć ucieczki. Wymagam opieki i czasu a tego nikt nie jest w stanie mi zapewnic.jestem kaleką emocjonalna. On mnie próbuje ratować. Nazywa swoim aniołem. Nie jestem aniołem. Choć chwilami tak bardzo chce odleciec do nieba, w które nie wierze.

Wiem jak będzie wyglądało kilka najbliższych lat. Leki, lekarze, walka, strach. Na samą myśl ta istota we mnie – ta mała dziewczynka kuli się i mocno zaciska oczy. Taka bezradna. Powinnam uciec. Powinnam zniknąć z ich życia. Tak byłoby lepiej. Szczególnie dla niego. Wiem co będzie dalej. Jeśli uciekne by go ochronić mogę od razu skoczyć z mostu. To mnie zabije. Nie chce skazywac go na zycie z kimś takim jak ja. On zasługuje na normalne szczęśliwe życie. . Nie na takie coś jak ja. – prubuje sobie tłumaczyć że to tylko głos w mojej głowie, że to choroba przynosi mi takie myśli. Ale nie. To ja. To ja wiem co powinnam zrobić. Powinnam zostawić. Ja nie nadaje się do relacji z człowiekiem. Ja nie nadaje się. Jestem beznadziejna. Nic nie umiem. Jestem smieciem.
Wszystko się sypie. I te pieprzone niepewności. Nie mogę go zostawić, nie teraz. Muszę mu pomóc wyjść z tego. Jednocześnie wiem, że z każdym dniem bardziej mi zależy. Bardziej się od siebie uzalezniamy. powinnam odejść. Jak najszybciej.

- nikt.

Już jakiś czas unikam terapii. Unikam rozmowy z psychologiem. Zaczyna się źle dziać. Boże miej go w opiece – na mnie jest już za pozno.