Nie mam maaaaarzeeeń….

 

Zoboojętniałam, zgorzkniałam. Taką siebie najbardziej lubię. Niezależną. Nic do stracenia. Będę gryźć. Co mi zrobisz? Pamiętaj – wszystko jest dozwolone.

Jestem swoistym Bogiem w tej grze, to ja ustawiam pionki, to ja decyduję kiedy będzie mat. Zapomniałam o tym, kilka dni byłam niewolnicą. Na szczęście przypomniałam sobie jak bardzo mam wyjebane.

Zresztą who cares? I tak nikogo przy mnie nie ma.

Sama w bezdennej otchłani
skalana ostatnią łzą, która
Została na górze, zanim
utonełam. Już nie złapiesz
mnie bo nawet nie próbuję
wstać, lubię upadać i ciągnę
cię za sobą

a nie, przepraszam.
Ciebie już nie ma.

Wszystko co nas otacza to my tworzymy i podtrzymujemy. Mam przed sobą stolik, jeśli na niego patrzę to  dla mnie on jest, urzeczywistniam go. Jeśli przestanę go widzieć, czuć przestanie on istnieć.
Na Ciebie wciąż patrzę, lecz Cię nie widzę. Dla mnie jesteś odrealnioną postacią, którą w na moim horyzoncie trzyma tylko czas.

www_tvn_hu_5da19a470d55628595c63b93ca4f86c5

- Wiesz.. człowiek ma wokół siebie horyzont możliwości, jest żeglarzem na własnej łodzi. Raz na wysokiej fali wznosi się, widzi dobry świat, wybija się na szczyty radości, euforii. Innym razem zaś przychodzi sztorm i jego łódź zaczyna się pottapiać. I tak sytuacja się powtarza w nieprzerwanym kole życia. Lecz jeśli ten człowiek znajdzie na horyzoncie punkt odniesienia, taką latarnię … wtedy już wie gdzie zmierza, wie gdzie podążać. I nie ważne wzniesienia i upadki wtedy liczy się tylko cel. Właśnie ta droga, droga jego łodzi do celu na horyzoncie jest szczęściem. Nie cel sam w sobie, lecz ta droga, każda pokonana przeszkoda…

-A co jeśli ktoś nie ma tego celu? Co jeśli ktoś jest sam na ciemnym morzu i żadna latarnia nie chce go poprowadzić?

- No to ma przejebane.

 

Tak wyglądała moja dzisiejsza rozmowa z człowiekiem, którego bardzo szanuję i cenię. Dużo o tym myślałam. Czuję, że jestem właśnie tym cholernie samotnym żeglarzem, który zaraz utonie w otchłani.

Zresztą chyba już utonęłam. Złamałam wszystkie zasady. Kilka lat temu obiecywałam sobie, że nigdy więcej do tego nie wrócę. Że to koniec. Gówno prawda. po 2 może 3 latach znów wrócilam.
Gdybyś to widział pewnie byś krzyczał. A może tylko mam nadzieje, że byś krzyczal? Może przeszedłbyś obojętnie jak wobec wszystkiego co mowię. Jesteś moim spowiednikiem, lecz nigdy nie dajesz mi pokuty i rozgrzeszenia. Nigdy nie pozwalasz bym to ja mogła odpuścić Ci winy.

Dziś znow noszę srebrnego aniołka na szyi. Jest tak kruchy, delikatny jak ja. Też jestem takim aniołkiem. Tylko ktoś mi upierdolił skrzydła. Ale spokojnie,  pójde do nieba. Drogi tam się nie zapomina.

Może choć tam nic nie boli. Może choć tam człowiek nie musi płakać. Może coć tam będzie mi ciepło.
Czuje tylko zimno. Wszechogarniające zimno. I płaczę. Ostatnio nawet kilka razy dziennie. Ale spokojnie. Nikt tego nie widzi. Nikt nie wie, że anioły też potrafią płakać.
Dla nich jestem nikim. Nie znają mnie, zapomnieli. Albo nigdy nie dali szansy by poznać. Ty też odszedłeś. No popatrz… a mowiłeś, że bedziesz zawsze.
Teraz tlyko cisza.

Wygrałeś. Klęczę.

Mówię im „cokolwiek by się nie dzialo dam radę. Dam radę. Zobaczcie – jest lepiej. Lepiej”. I nie wiem kogo bardziej oszukuje – siebie czy ich. Nie jest lepiej. Nie jest lepiej.

Jest tak samo.
Może tylko nagle zabrakło wszystkich obok. Znowu. Tylko, tym razem zawiedli wszyscy, nawet Ci, dla których bym umarła.

Teraz umieram bez nich. Sama ze swoimi chorymi myślami. Już nie czekam po nocach na telefon, teraz spokojnie śpie. I ten spokojny sen jest najstraszniejszy. Przerywa go jedynie kaszel, będący dowodem porażki.

Nie chcę już walczyć.

Chciałeś Boże bym uklękła. Dlatego zesłałeś tyle na moje barki, że pod ciężarem upadam. Klęcze. Teraz lepiej się czujesz?
Uparcie wstawałam. Uparcie trzymałam się swojego Anioła, który ratował mnie od kilku lat. On już odszedł. Jest bardzo daleko i nie zdoła mnie ratować.

w umyśle nadal stoję pośród pól na tej cholernej drodze. Tym razem upadłam w łzy nieba. Klęczę. W zimnej kałuży. Marznę. I mam nadzieję, że zamarznę, że umrę od tego. Może wtedy o to Ci chodziło? Może karasz mnie za to, że wtedy się nie ugięłam przed Twym majestatem, Ty którego wielbią miliony kłamliwych ust co niedziela?