Dom,

czy to nie zapach jeszcze gorących ciastek ? – Tylko, że nie mam piekarnika
czy to nie zapach koszonej trawy wiosną? -Tylko, że nie mam trawnika
czy to nie wieczory przy herbacie ze znajomymi? – Tylko, że nie mam tu znajomych
czy to nie wino wypite z przyjaciółmi? – Tylko, że nie mam przyjaciół
czy to nie uśmiech matki pytającej jak minął dzień? – Tylko, że nie mam matki
czy to nie kot witający w drzwiach? – Tylko, że nie mam kota
Jestem samotna. Lecz na samą myśl o poznawaniu ludzi i świata odrzuca mnie.
Chyba się już przyzwyczajam.

I dobija świadomość ulotności.
Nic własnego. Wszystko ich.
Zdajesz sobie sprawę,  że Twoje życie też należy do nich.
Mogą je wyrzucić, mogą je zniszczyć
Cieszysz się, że narazie nie robią nic

Te świeta nie są wesołe.



Tylko, ze przy mnie nie ma kto stać. I tak choelrnie to boli. I tak cholernie cierpię. A nikt nie umie mnie ratować, a może nei chcą, ukryci za pozorami. Chyba znów się staczam.
I tak bardzo chcę odpłynąć w katharsis. I tak bardzo chcę sobie zrobić krzywdę. To zabija od środka. Rozszarpuje mnie. I moje nagie ciało leży porzucone na ulicy a wewnątrz nadal przelewa się krew. Co jakiś czas wylewa się z ust, uszu, z oczu kapią krwawe łzy.  Nie daje rady, nie daje rady, nei daje kurwa rady.
I nie jest dobrze. Nie jest dobrze. Nie dobrze.
Moje ciało też się poddaje, chore. Nie mam sily walczyć.

Potrzebuje ramion, błagam… nie pozwól upaść.

Ostatnie pożegnanie – wędrówka samotnych.

beznazwy

Ostatecznie pożegnałam się z przeszłością, powoli zacierane są za mną ślady. Zawsze myślałam, że wszystko ułatwiłoby moje zniknięcie. I miałam rację. Zaczyna się etap gdy przestaję żyć w tamtym świecie. Tak jakby nigdy mnie nie było. Zmiany przytłaczają.
Gdy słyszysz o tym, że wykreślili Cię już choć fałszywie łudzą tęsknotą. To zabawne. Szkoda, że nie potrafię się śmiać. Nie ma powrotu a mimo to każdy mówi, że wrócisz. Czy to oznacza, że nie wierzą, iż podołasz?
Czy ty wierzysz, że podołasz?
Tak łatwo byłoby się poddać. Tak łatwo… Ale nie. Nie JA. Muszę dać radę. Teraz mam dla kogo walczyć. Gdyby nie to teraz by mnie tu nie było. Poddawała bym się i tonęła w nieżyciu a zamiast tego próbuję wszystko jasno ułożyć. Tylko potrzebuję trochę czasu i ramion, które mnie przytrzymają.
Razem stworzymy lepsze jutro. Nawet gdy będzie źle. Wierze, że nie będę sama. Choć się tego boję. Ale strach  jest rzeczą ludzką.

Trafiłam na mężczyznę, przy którym nie muszę być silna. Całe życie byłam silna. Zawsze byłam silna. Nie mogłam być słaba bo bym zdechła. Choć byłam słaba i umierałam wewnętrznie i tak grałam silną. W końcu nie muszę. Zawsze płacząc kryłam się, by nikt nie widział tych łez. A teraz wiem, że nie muszę. Mogę płakać w jego ramionach a on bez słowa będzie ocierał moje łzy. To jest wsparcie. To jest motywacja by żyć. Potrzebuję go. Jestem tak bardzo słaba…
Razem zbudujemy dom. Bo dom to nie tylko cegły, okna, drzwi. To coś więcej. To atmosfera, to uczucia, więzi, szczerość, miłość, pomoc, bliskość. Nigdy nie miałam domu, lecz teraz mam szansę go tworzyć.
Nie liczą się dla mnie materialne rzeczy, żyłam w biedzie i umiem żyć skromnie. Nie powiem, że pieniądze nie są potrzebne. Są. Ale ich nazbyt jest niepotrzebny. Tylko tyle by żyć godnie. By mieć co zjeść i w co się ubrać. Za dużo pieniędzy psuje głowę. NA wszystko co mam ciężko zapracowałam. Dzięki temu potrafię to docenić. Każdą złotówkę w portfelu i każdą rzecz. To wszystko są rzeczy nabyte. Ciężką pracą zdobędę wszystko. Ale chyba nie o to chodzi w miłości. Nie liczą się pieniądze, liczy się to między nami. Miłości nie można kupić. Można kupić sex, pozory, uśmiechy. Ale nie miłość. Miłość jest bezcenna.
Nigdy nie miałam domu. Potrzebuję mieć ostoję, potrzebuję domu.

Być jak pamelo.

pamelo

Hm aby dokładnie zrozumieć o czy piszę trzeba pojąć samego siebie. Większość z was pewnie jadła Pamelo.. taka ogromna duża pomarańcza. Obieranie tego to na prawdę mistrzowska sztuka. Przyznam, że mi obieranie tegoż owocu zajmuje dwa razy więcej czasu niż samo konsumowanie.
W każdym bądź razie pamelo jak każdy wie obiera się dokładnie z tej najcieńszej nawet skórki   gdyż jest ona gorzka i niesmaczna. Pod nią natomiast kryje się słodkość.
Tak samo jest z ludźmi, z niektórymi ludźmi. Próbują być twardzi, z pozoru silni i nieustępliwi tacy, którym zazdrości się, oni nigdy się nie poddają. Są niezniszczalni. Nic bardziej mylnego. Tak na prawdę gdy są sami chodzą zgarbienie, przytłoczeni tym całym życiem, uśmiechają się rzadko gdyż naj zwyklej w świecie nie mają ku temu powodów. Są jak Pamelo. Pokrywa ich taka niewidzialna gorycz a gdy ktoś delikatnie zdejmie tą powłokę może ujrzeć wrażliwych ludzi z prawdziwym, bijącym sercem z uczuciami.
To straszne, że w dzisiejszych czasach ludzie muszą ukrywać swoje prawdziwe JA. Są zmuszeni grać zimne bestie aby nie zginąć na stosie słabych.
Tak często zapominamy, że wrażliwość i serce to nie słabości lecz zalety. Choć w XXI wieku może już jest inaczej? Nie wiem…. Może ja się mylę? Chyba moje poglądy są już starej daty… Cóż pozostawiam wam jednak ten wpis.

Pani Donesz.

Święta idą, radość odchodzi.

Siedzę wygodnie w fotelu, spoglądam na tłum ludzi przemieszczający się, goniący wokół mnie nie wiadomo jak, gdzie i po co. Mimo zdenerwowań i tego pośpiechu jest w nich coś; taki błysk w oku i cień uśmiechu. To te święta. Szkoda, że ja jakoś tego nie czuję. Chyba się nie staram.

Patrzę na te przygotowania z boku, taka wyłączona z życia. Święta? Jakie święta? Widzę tylko kobietę w średnim wieku z puszką sztucznego śniegu spryskującą nim gałęzie drzew. Tak bardzo się starają by poczuć tą atmosferę, by utworzyć aurę miłosci i tym podobnych zbędnych uczuć.  Dla mnie to wszystko jest warte tyle co ten sztuczny śnieg. Wszystko wokół jest dokładnie takie samo – sztuczne. Sztuczne uśmiechy, udawanie, nieszczere życzenia i mocno przesadzone jedzenie. Pod pozorami łzy, płacz, spięcia, krzyki… Taaak, to akurat znam i powiem wam jedno, w dupie mam takie święta. Bądźmy szczerzy, jeśli mamy tak udawać i tworzyć jakąś iluzję by przez to jeszcze bardziej cierpieć uzmysławiając sobie potęgę naszych kłamstw i rozczarowanie nadzieją, która zasiała swe ziarnko niczym piękny kwiat a okazała się ostem w sercu to lepiej dajmy sobie spokój a świat będzie szczęśliwszym miejscem.

Mówią co ty bredzisz, święta to czas dobroci dla innych. A ja zadaję proste pytanie;  czy w takim wypadku w pozostałe dni nie można być miłym dla innych? Czy ktoś zakazuje bycia miłym, uprzejmym i do bólu sztucznym w pozostałe 364/5 dni? Tylko w wigilię? Jeśli tak, to dobrze, kontynuujmy tą szopkę.
Czy na prawdę aby okazać trochę ludzkiej dobroci potrzeba nam reniferów, patrzenia w puste niebo i jakiegoś staruszka? Czy nie lepiej gdybyśmy sami dawali te prezenty, od tak, w jakikolwiek dzień bez większej okazji?

Zostawiam was z tymi przemyśleniami.

P.Donesz

Święta – taki czas, którego nie lubię.

Niestety pracochłonne, spisane przemyślenia zostały na tablecie  a tenże tablet jest w drugim domu.  Szkoda…

Ostatnio dużo rozmyślam na temat świąt. Nie lubię świąt. Przy czym sama idea jest wspaniała, tylko wykonanie lipne. A może to przez to, że nie znam świąt?
To przez to że wszystkie święta jakie pamiętam wyglądały tak samo. Zapieprz pełny nerwów i reprymend za złe wykonania i efekty.  Zawsze jakaś kłótnia. Potem wszyscy zbierają się przy stole, modlitwa, śmieszne życzenia.. Śmieszne bo pozorne. Udawanie uśmiechów. Granie szczęśliwej szopki. Haha nie wiem czy było to bardziej zabawne czy bardziej żenujące, I te przytulenia i te sztuczne łzy, można by uwierzyc, że w rękawach przemycona jest cebula by łzy lepiej leciały.  Rozdanie prezentów.  Do tego akurat się nie przyczepię, bo zawsze udawaliśmy, że sa idealne, że spełniają marzenia. To był ten moment gdy łzy kapały lepiej, że nie stac nas na spełnianie marzeń. Ale były prezenty. Były próby pozorów szczęścia.
Potem każdy do swojego pokoju, zabawa skończona. Kiedyś babcia (Boże, w którego wierzyła, opiekuj sie nią w raju) Opowiadała, mi że przynosiłam stare radio na kasety i kolędy góralskie. Śpiewałam, Chciałam, żeby wszyscy śpiewali. Lecz nikt nie chciał. W tedy odnosiłam radio, szłam do pokoju i skulona w kącie płakałam. Tak mówiła babcia. Choinkę ubierałam zawsze sama aż pojawił się mój brat w tedy nagle matka chciała z nim ją ubierać.
Gdy już tak siedziałam którąś godzinę sama przyjeżdżała rodzina. Kolejne życzenia, kolejne, coraz sztuczniejsze uśmiechy. Herbata, ciasto („Kupię , bo po co będziesz piekła?”), i te pytania tak na prawdę o nic.  Co tam u ciebie, a widziałaś ją ostatnio, a wiesz kim jest jej facet, a wiesz, ze on sie ożenił, a widzisz jak rządzą państwem, a jaka kiepska pogoda… blah, blah, blah .. głowa rozbolała.
W tym roku będzie tak samo. Aż nie chce się wracać na święta. I cóż że nie wierzę w boga i tak mam siedzieć przy stole, składać życzenia, modlić się… Jak ja , kurwa, kocham święta.

Pusty śmiech obłąkanego.

Chyba powoli się wypalam, jak świeca na stole w zimne wieczory. Ktoś ją podpalił i zostawił, płonęła samotnie w ciszy i spokoju. W końcu zawiał okrutny powiew, nikt nie wie skąd a może zewsząd naraz… zgasła biedna świeczka. Zostałam w pokoju sama.

Brak mi apetytu na życie. Brak apetytu, który napędza mięśnie do działania, który każe myślec i wstac. Idę w kierunku bliżej nieokreślonym. Staję na środku jezdni. Ściągam kurtkę i rzucam w stronę rowu. Spokojnie kładę się w poprzek drogi, podkładając ręce pod głowę. Trochę niewygodnie. Czuję się jak Śnieżka zamknięta w trumnie. Trochę niewygodnie. I śmieję się gdy nic nie nadjeżdża. Nawet twój Bóg mnie nie kocha. Nawet on mnie nie chce. Może się boi, że popsuje mu niebo…

Dziś idę w drugą stronę.

To ja kiedyś...

To ja kiedyś…

Zobaczymy jak daleko na dno dam radę zejść.
Zawsze próbowałam wstać i dać radę. Dziś zrobię na przekór losowi.  Wybrałam ścieżkę. Czas wrócić na dno. Nic do stracenia.
Zagłębiam się w świat, który do niedawna kojarzył mi się tylko z filmów. Wydaje ci się że wiesz gdzie mieszkasz i co można tu spotkać a po czasie SUPRISE! Świat okazuje się zupełnie inny. Czas wkroczyć na marginesy.
Nie mogę tu za dużo opowiadać… a może nie chcę…  Kiedyś wam opowiem, wszystko. Jak na spowiedzi. Ale nie dziś i nie jutro. Jeśli dożyję to wyznam prawdę.

To głupie, wiem. Ale mam dość. Dziś sama dobrowolnie zejdę i się położę na dnie własnego Ja.  Bo mogę. Bez narzekań. Bez marudzeń. Na własne życzenie.

Jak stracic wszystko w 5 minut.

cropped-dsTAPklNuLNXNSFAWZL5.jpg

Chciałam miec wszystko i zostałam sama. Z dnia na dzień życie sie rozwaliło.
Gdy co dzień słyczysz kłamstwa i w nie wierzysz to to nie jest fair. Gdy ktoś z premedytacją robi z ciebie idiotkę to nie ejst fair. Jeśli ktoś raz cię okłamał to wiedz, że okłamie cię znów aż sie sam pogubi. I tak sie stało.
Przegrałam również z wódką i marihuaną. Bo obiecywał, mówił , że tylko ja się liczę, że tylko mnie chce , że jestem wszystkim. Naiwna ja. Bo odkładał słuchawkę a brał do ręki kieliszek.  Przymykałam na to oko ale ile można? I to moja wina.. Moja kurwa mac wina bo niby pił bo się martwił. Choc wszystko było ok. TEraz nawet nie ma śmiałości się spotkac. Choc to też obiecał, raz się spotkac i wszystko wyjaśnic. I te telefony,  podczas rozmów słyszę tylko, że to moja wina, że nic z tego nie będize i że mnie kocha. To śmieszne. A czy to ja od x czasu co dzień jestem najebana, czy to ja nie odbieram telefonów, czy to kurwa mac ja potem chce umierać???
I najgorsze jest to że kocham tego skurwiela. I nagłe odkrycie, że jest alkoholikiem. Ale gdy ja mu to powtarzałam to ignorował i był wielki wkurw.
Teraz „Żałuję, że zacząłem ten związek, żałuję , że cie poznałem. To przez ciebie. Psujesz mi głowę”. Aby za chwilę usłyszeć „jesteś szczeniakiem, nic nie wiesz, nic nie rozumiesz, jak mogłem dopiero teraz to zauważyć. ”
Ale teraz jestem silna. Przepłaczę kilka dni i nocy. Ale przetrwam. Bo w końcu czegoś się nauczyłam.
Ale boli. Boli tak, że chce sie umrzec.

P. Donesz