Dom,

czy to nie zapach jeszcze gorących ciastek ? – Tylko, że nie mam piekarnika
czy to nie zapach koszonej trawy wiosną? -Tylko, że nie mam trawnika
czy to nie wieczory przy herbacie ze znajomymi? – Tylko, że nie mam tu znajomych
czy to nie wino wypite z przyjaciółmi? – Tylko, że nie mam przyjaciół
czy to nie uśmiech matki pytającej jak minął dzień? – Tylko, że nie mam matki
czy to nie kot witający w drzwiach? – Tylko, że nie mam kota
Jestem samotna. Lecz na samą myśl o poznawaniu ludzi i świata odrzuca mnie.
Chyba się już przyzwyczajam.

I dobija świadomość ulotności.
Nic własnego. Wszystko ich.
Zdajesz sobie sprawę,  że Twoje życie też należy do nich.
Mogą je wyrzucić, mogą je zniszczyć
Cieszysz się, że narazie nie robią nic

ostatnia podróż.

Uwierzyłam. Czy to źle, że też chciałam być szczęśliwa? Tyle czasu zmarnowanego na to, żebym uwierzyła, żebym oddała siebie całą. Oddałam serce, oddałam każdą myśl, każde westchnienie, każdą radość i każde dobre wspomnienie… i co mi pozostało? 2 zdjęcia w albumie.. i świadomość, że ty te zdjęcia schowałeś na samo dno szafki, żeby nikt nie widział… I pomyśleć, że nadal widzę Twój pokój gdy zamknę oczy. Gdy zamknę oczy nadal trzymam Cię za rękę wpatrzona w fale. I wiem, że to jest dom. Gdy zamknę oczy nadal czuję się bezpiecznie zamknięta w Twoich ramionach… A potem je otwieram i czar pryska.
Taka pustka. Obrączki… grawerowane. Na nich imiona i data. Data od której wszystko miało się zmienić. Nowe życie. Czyta kartka. Tak mówiłeś. Dobrze, że ich nie zamówiliśmy. I boję się. I nie mogę spać. Mówiłeś, że będziesz, że otrzesz każdą łzę. Że nigdy nie skrzywdzisz… Tyle pięknych rzeczy mówiłeś.
Nie chciałam wierzyć, ale w tedy kładłeś dłoń na sercu, mówiłeś „zaufaj mi” patrząc w oczy.. jakże śmiesznie teraz to brzmi.
Łzy. Umierające serce. Ból. Łzy. Umierające serce. Ból.
Obiecałeś do cholery. a obietnic się dotrzymuje. Więc gdzie jesteś gdy robię sobie krzywdę… Nie potrafię tak, to rozrywa…
Z każda minuta jestem coraz słabsza. Co się stanie gdy zabraknie mi sił?

I pojadę jeszcze ostatni raz nad morze… Choć pewnie się zgubię. Błąkając się po lasach jak opętana… Może porwie mnie jakaś większa fala? Oby… błagam.

Ostatnie pożegnanie – wędrówka samotnych.

beznazwy

Ostatecznie pożegnałam się z przeszłością, powoli zacierane są za mną ślady. Zawsze myślałam, że wszystko ułatwiłoby moje zniknięcie. I miałam rację. Zaczyna się etap gdy przestaję żyć w tamtym świecie. Tak jakby nigdy mnie nie było. Zmiany przytłaczają.
Gdy słyszysz o tym, że wykreślili Cię już choć fałszywie łudzą tęsknotą. To zabawne. Szkoda, że nie potrafię się śmiać. Nie ma powrotu a mimo to każdy mówi, że wrócisz. Czy to oznacza, że nie wierzą, iż podołasz?
Czy ty wierzysz, że podołasz?
Tak łatwo byłoby się poddać. Tak łatwo… Ale nie. Nie JA. Muszę dać radę. Teraz mam dla kogo walczyć. Gdyby nie to teraz by mnie tu nie było. Poddawała bym się i tonęła w nieżyciu a zamiast tego próbuję wszystko jasno ułożyć. Tylko potrzebuję trochę czasu i ramion, które mnie przytrzymają.
Razem stworzymy lepsze jutro. Nawet gdy będzie źle. Wierze, że nie będę sama. Choć się tego boję. Ale strach  jest rzeczą ludzką.

Trafiłam na mężczyznę, przy którym nie muszę być silna. Całe życie byłam silna. Zawsze byłam silna. Nie mogłam być słaba bo bym zdechła. Choć byłam słaba i umierałam wewnętrznie i tak grałam silną. W końcu nie muszę. Zawsze płacząc kryłam się, by nikt nie widział tych łez. A teraz wiem, że nie muszę. Mogę płakać w jego ramionach a on bez słowa będzie ocierał moje łzy. To jest wsparcie. To jest motywacja by żyć. Potrzebuję go. Jestem tak bardzo słaba…
Razem zbudujemy dom. Bo dom to nie tylko cegły, okna, drzwi. To coś więcej. To atmosfera, to uczucia, więzi, szczerość, miłość, pomoc, bliskość. Nigdy nie miałam domu, lecz teraz mam szansę go tworzyć.
Nie liczą się dla mnie materialne rzeczy, żyłam w biedzie i umiem żyć skromnie. Nie powiem, że pieniądze nie są potrzebne. Są. Ale ich nazbyt jest niepotrzebny. Tylko tyle by żyć godnie. By mieć co zjeść i w co się ubrać. Za dużo pieniędzy psuje głowę. NA wszystko co mam ciężko zapracowałam. Dzięki temu potrafię to docenić. Każdą złotówkę w portfelu i każdą rzecz. To wszystko są rzeczy nabyte. Ciężką pracą zdobędę wszystko. Ale chyba nie o to chodzi w miłości. Nie liczą się pieniądze, liczy się to między nami. Miłości nie można kupić. Można kupić sex, pozory, uśmiechy. Ale nie miłość. Miłość jest bezcenna.
Nigdy nie miałam domu. Potrzebuję mieć ostoję, potrzebuję domu.

dzień numer 6

Mnie nie można zostawiać samej.. Błagam.. Ja się tak cholernie boję. Tak bardzo..
Z każdym dniem czuję, że nie dam rady z tym życiem, to mnie przerasta. Chcę schować się w swoim bezpiecznym miejscu i tak powolutku sobie umierać. JA nie podołam. Nie potrafię zacząć od nowa. Ja się boję. I płaczę. I to powiększa mój strach. I modlę się. I wciąż nie wierzę w boga. I boję się. Ja wątpię już we wszystko. W uczucia, w siebie, w swoje życie. Mam dość. Ja nie dorosłam. Mam ochotę płakać. I płaczę, zdecydowanie za często. kryzys? Depresja? Ale ja rzez całe życie mam tą jebaną depresję.
I jeszcze tylko gdy patrzę w jego oczy wszystko to mija. Gdy patrzę na zdjęcia, kryjące jego uśmiech. Gdy przypominam sobie dotyk jego dloni na moim policzku. Wtedy jest lepiej. W tedy wiem wszystko.
Ale go nie ma, Jest daleko. I sercem go czuję, i duszą go czuję, lecz rozumu nie oszukasz. Każdego dnia budzę się patrząc na kolejną kartkę z napisem „kocham” , każdego wieczoruu skreślam kolejny dzień. I tylko to przytrzymuje mnie jeszcze. Ja się tak bardzo boję.
Mam wrażenie , że to okaże się wielkim zajebistym snem. Ja tego nie przetrwam już. Jeśli to sen to chcę zasnąć nim na wieki. Nie mam sił by cierpieć.
Boję się.

 

Misz-masz mojej religijności

W mojej duszy nie drzemie Bóg ani miłość, w mojej duszy drzemią tysiące niepoukładanych myśli i głosów stanowiących fundamentalną część mojego bytu i mówiących o tym w co wierze. Więc .. w co wierzę?
Niestety w ludzi już nie. Mimo wolnej woli i tylu możliwości ludzie wciąż postępują źle, niegodni swojego człowieczeństwa. Nie mówię, skąd, że jestem lepsza od nich. Jestem tylko małym pionkiem w tej grze i czasem muszę użyć jak i pozostali czarnych kart schowanych we włosach.
Wierzę, że to wszystko jest grą, wyżej ustawioną zabawą, w której tak jakby wynik był już powszechnie znany tylko my nie zostaliśmy oświeceni tą informacją, która pozbawiłaby nas kilku nieprzespanych nocy. Aczkolwiek to wszystko co się dzieje, te wszystkie złe decyzje również nas uczą. Sprawiają, że nasz charakter się kształtuje a dusza ewoluuje na wyższe stadium bytu. Dla mnie nie ma przypadków ani zbiegów okoliczności, wszystko zostało spisane i postanowione a nasza wolna wola jest grą pozorów mającą na celu wezbranie w nas przekonania o wartościowości naszych myśli i tego, że to my ustalamy zasady, kształtuje w nas samych element „Boga”, gdy to my jesteśmy stwórcami tworzącymi dzieło jakim jest nasze zycie, tak aby adekwatnie do niego móc po śmierci napisać własne CV z określeniem celowości i sensu pokazując, że nie strach nam wypowiedzieć słowa „To ja, tak właśnie żyłem, taki się stałem i nie żałuję ani słowa”. Lecz tak na prawdę, w moim skromnym mniemaniu, które oczywiście nie musi być adekwatne do waszych myśli i przekonań i nie ma na celu obrażenie lub urażenie was.. a więc tak na prawdę to wszystko jest iluzją. Iluzja XXI wieku.
Kontynuując ten fascynujący temat (który wpadł mi do głowy co śmieszne podczas kąpieli) Wierzę, że każdy staje przed śmiercią równy sobie choć nierówny nieśmiertelności i potędze bytu uśmiercającego. Nie twierdzę, że dzieje się to tak jak w bajkowych przedstawieniach, gdzie przychodzi zakapturzona postać i mówi, że nas porywa (tak, w moich bajkach były takie… ;> ) Twierdzę, że dusza ludzka unosi się w przestrzeń, sferę astralną niedostępną dla tak, że to kolokwialnie określę (przepraszam) ciemnych mas jakimi uczyniło nas nasze człowieczeństwo. ( Wskazuje na to choćby sam fakt ograniczonych możliwości bytu naszego, choćby to iż odczuć naszej duchowości nie da się ubrać w adekwatne słowa co czyni nas głupcami próbującymi opisać nieopisane a naszą obecną formę istnienia czyni niedopracowanym projektem wyższego bytu, jak widać dość jeszcze mimo trudności niedopracowanym). Wierzę w śmierć jako taką i w jej celowość. Co do piekła i nieba moja wiara jest dość sceptyczna w zasadzie to jej brak. Dla mnie te dwie sfery są nieznane, niezbadane i nie stykają się bezpośrednio z moim życiem co czyni je surrealistycznymi oraz poddaje w wątpliwość ich egzystencję. Wyznaję natomiast reinkarnację, wierzę , że po locie astralnym nasza dusza uda się do nowego ciała, w którym będzie mogła w jakiś sposób zacząć od początku grę, w podświadomości zachowując już nawyki bądź cząstkę swego poprzedniego egzystencjalizmu. Nie twierdzę, że kiedyś ta wędrówka się nie kończy gdy dusza osiągnie katharsis podobnie jak stan katharsis, który w rzadkich chwilach osiąga nasza ludzka powłoka. Jednak jest to dla mnie nie wiadome. Również czasem warto zostawić niedopowiedzenia, na które odpowiedź przyjdzie o właściwej porze gdy nasz rozum będzie w stanie zrozumieć i pojąć w pełni te niezwykłe rzeczy.
Nie ma w mojej głowie miejsca dla Boga jako takiego. Nie wierzę w Stwórcę, Trójcę Świętą oraz inne osobistości chrześcijaństwa. Wyznaję wiarę w siłę wyższą jako patrona, wielkiego opiekuna lecz jest on dla mnie formą czysto eteryczną, bezcielesną. Po prostu siłą ciążącą nad światem i swą mocą patrzącą na nas, byśmy my – ziemscy głupcy nie zniszczyli doszczętnie tego świata. Nie jest to może tak prymitywne jak wiara w żywioły, choć i w tym drzemie jakaś nieodłączna istota od której ciężko się oderwać, można ją wręcz nazwać magią. Budda, Mahomed oraz inne osobistości , choć nie goszczą w moim panteonie i są one odległe od mojego bytu tak jak Bóg Ra, Bóstwa zwierzęce lub Zeus to nie twierdzę, iż wiary te są złe, bądź nie prawdziwe.
Wiara jest czymś potrzebnym człowiekowi, bo ona daje nam nadzieje. W zasadzie, choć to już daleko wysunięte opinie, to najważniejsze, moim zdaniem, jest to aby wierzyć a nie to w kogo lub co wierzymy. Sama świadomość już jest ważna bo ma bardzo znaczący wpływ na kształtowanie się naszej hierarchii  wartości oraz charakteru.
Pozostaje jeszcze kwestia form okazywania swej wiary, z którą niestety mam już gorzej. W większości mi znanych religiach występują formy modlitw lub słów i próśb kierowanych do wyższego bytu oraz oddawane mu hołdy, święta pochwalne i tego rodzaju rzeczy. Ja niestety nie uznaję modlitw, nie znajdziesz w moich ustach choć słowa kierowanego do wyższego Bóstwa, nie ma we mnie chwały i poszanowania jako takiego bezpośrednio skierowanego. Aczkolwiek mogę się obronić, moją formą wyznania wiary jest zachowanie i szacunek kierowany dla bliźnich i wszystkich rzeczy materialnych oraz żywych występujących we wszechświecie co nie oznacza, że jestem wasze miła. Bo często odpłacam pięknym za nadobne, lub po prostu jestem zła. Ale to już inna bajka.
Może to wszystko jest tylko paplaniną osoby znudzonej życiem, zwykłymi bzdurami.. aczkolwiek starałam się pokazać ci mnie i moją duszę.

Pani Donesz

Słowa przekleństwem ludzkości.

Zdarzyło się za wiele, by móc o tym mówić.
Za wiele….
Jestem zepsuta.
W chorej głowie chore myśli, tylko gorzej gdy stają się one realiami.
Gdy padają słowa, które zmieniają całe twoje życie
Gdy padają słowa po których czujesz, że mimo oddechu, mimo bicia serca właśnie umierasz.
To nie boli, to rozpierdala cię od środka.
Wyżera chory mózg, gdy ciało zaczyna być chore.
Nie chcesz myśleć, nie pytasz dlaczego.
To już nie ma sensu.
Ja.. ja już nie mam sił. Nie mam, kurwa, sił. Nie mam już nic.
Nie mam domu, nie mam  nic.
Z czasem zapomniałam, że jestem ateistką. Uwierzyłam w ludzi. To mnie zgubiło.

I co z tego, że chcesz się zwierzyć? Co z tego, że chcesz wykrzyczeć całemu światu jak bardzo jest chujowo? Co z tego gdy i tak oplatasz się rękoma zaprzeczając wszystkiemu, gdy wiesz, że nie możesz powiedzieć… Gdy wiesz , że takie tematy są zakazane, o tym się nie mówi… Chcesz wyżalić się komuś z daleka, z bardzo daleka, komuś kto wysłucha , kto nigdy cię nie spotka i nie popatrzy z litością. Kto nie będzie cie wyjątkowo traktował, przez to że chcesz chwilami przystawić pistolet do głowy i usłyszeć brzęk spustu.

Pani Donesz – niedługo koniec wpisów

Samotnośc chodzi piechotą.

Dziś jest nawet dobrze. Nawet próbuję nie mieć „wkrętek”. Tylko chwilami,  znienacka atakują moje demony.

Samotnosc jest nudna

Kolejny mój demon – samotność.

To uczucie, gdy chcesz do kogoś napisac list, opowiedzieć wszystko lub po prostu pogadać o niczym. Przeglądasz kontakty w telefonie i nagle zdajesz sobie sprawę, że nie masz nikogo z kim mógłbyś pogadać. Nikogo.
Gdy idziesz z pracy, zakupów, spaceru, i wokół ciebie nagle roi się od całujących się par bądź przyjaciół idących a „piwko” a ty jesteś tak cholernie sam.
I to cię przytłacza. Ta świadomość, ze tak na prawdę wszyscy mają cię w dupie. Możesz bić, krzyczeć, zabić się a i tak nic to nie zmieni. W najlepszym razie ktoś jutro powie w sklepie dwie ulice dalej, że już nie żyjesz, tylko po to by ktoś inny mógł zapytać kim ty w ogóle byłeś.
Siedzisz samotnie w oknie patrzac na to wszystko wokół. Na te światła w oddali. Toczy się „życie nocy” podczas gdy w tobie coś umiera.
Usuwasz wszystkie konta z portali, wyłączasz telefon i czekasz aż ktoś się pojawi. Ten wszechogarniający smutek gdy po niespełna godzinie wracasz z powrotem wiedząc , że mógłbyś tkwić tak i rok a nikt i tak by nie zauważył.
To boli.
Dlatego może bardziej zwracajmy uwagę na drugiego człowieka…

Pani Donesz